Da się? Oczywiście, że się da…

Udałam się do lekarza z tymi moimi kreseczkami.Jak to jest, że ktoś, kto nie chce mieć więcej dzieci, jest wręcz patologicznie płodny? Jak to jest, że niektórzy starają się latami… i nic? Jak to jest, że nie każdemu jest dane?

Miałam 26 lat, kiedy lekarz poinformował, że biorąc pod uwagę budowę moich „wnętrzności”, będę miała wielkie problemy z zajściem w ciążę. Mówił o specjalnych pozycjach, i o tym, że co najmniej rok mój organizm nie da rady „zaskoczyć”. Skoro tak, zrezygnowałam z antykoncepcji na rzecz „cudownego kalendarzyka”… i co? I po miesiącu byłam w ciąży. Cholera, jak? Przecież TO było w 20-tym dniu cyklu. I tak powstało moje dzieciątko.

Kilka lat później – założona spiralka – a tu bach… dwie kreski. I znowu, jak? Cholera, no jak? Ciążę straciłam. Zmieniłam pracę, żeby odciąć się od szeptanek-pocieszanek. Trafiłam do agencji google’owskiej. Dwa miesiące później – plastry i… !@#$%^&*( Nie zdążyłam nacieszyć się kreseczkami, ponieważ zanim zrobiłam test, miałam wypadek samochodowy. Zgarnęło mnie pogotowie, prześwietlenia, tomografie, jakieś zastrzyki blokujące nerwy… i po kilku dniach dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Szok pomieszany z obawami trwał góra tydzień. Krwawienie… o tym napiszę później… i po temacie. A najciekawsze  dopiero przede mną. Pierwszy dzień po L4… wręczono mi wypowiedzenie. „Bo wiesz, jeszcze nam w ciążę zajdziesz.” Zarobiłam takiego kopa, że aż trudno było się pozbierać. W trzy miesiące jakiś koszmar.

A teraz… prezerwatywa, która nie pękła. Powiedzcie mi, jak to jest możliwe? Mam prawie 37lat !!!

Lekarz ze śmiechem powiedział, że powinnam jeździć po klinikach leczenia bezpłodności z odczytami – „Drogie panie, nie mówcie, że się nie da. Wszystko się da”. Dla niego to niby śmieszne, dla mnie już tak niekoniecznie.

Dzięki za wparcie.

Dwie Kreski w ręku i… krzyż na drogę…

Czeka mnie koszmarny okres. I nie chodzi tu o dziecko, bo dziecko nie jest nigdy niczemu winne. Chodzi raczej o życie, o ludzi. O przyszłym ojcu swojego dziecka pisałam wcześniej. I nie, nie jest to jakiś degenerat spod Ciemnej Gwiazdy. To porządny, szanowany facet, o którym nikt złego słowa nie powie. Gość typu „ą, ę” i „bułkę przez bibułkę”… inżynier, genialny freelancer, o którego zabijają się zachodnie koncerny. Ciuszki z najlepszymi metkami, dziękuję, dzień dobry, czy nie urażę Cię… Do momentu, aż zamknie za sobą drzwi mieszkania. Wtedy kończy się bibułka i cała reszta.

Nieważne….

A ja mam swoje mieszkanie, swój kredyt na nie, swoje dziecko, swoją pracę, swoje marzenia…

Miałam…

Ze swoim ostatnim pracodawcą nie przedłużyłam umowy. Oszukiwał, źle traktował ludzi, słowem jednym – palant jakich mało. Nie miewam problemów ze znalezieniem pracy, jakiś tam zapas na koncie jest… nie miałam nic do stracenia. A tu dwie kreski… i czas, kiedy nie chroni mnie prawo. Wrócić nie mogę. Założyłam, że w góra dwa miesiące znajdę inną pracę, przecież ze swoim cv zawsze znajduję. Bank nie poczeka. Kogo obchodzą dwie kreski. Kreski, które przekreślają wszystko.

Zapytałam księdza, co mam zrobić… nie chcę być zlicytowana i wylądować pod mostem. Powiedział – „Dziecko jest święte, nie ma nic cenniejszego, w dwa dni znajdę Ci pracę, z której nikt Cię nie ruszy”… Nie odezwał się do dziś. Czy mam kłamać na rozmowach? Czy zatajać „świętą” ciążę? Czy chamsko zostawić pracodawcę z ręką w nocniku, bo przecież zaraz odejdę na macierzyński?

Co mam zrobić, na litość boską?

Nieszczęście Dwie Kreski ma na imię…

Dawno, dawno temu… kiedy to jeszcze wierzyłam w normalne związki, ku mojemu wielkiemu szczęściu ujrzałam dwie znamienne kreseczki. Miały one na imię Wielkie Szczęście. Z owych dwóch kreseczek, zrodziły się dwie nóżki, dwie rączki, cudowne dwa oczka. Wtedy dwie kreski były radością dla dwóch osób. Z tych dwóch osób zrodziła się trzecia…

Niedawno znów zobaczyłam dwie kreski. Takie same, fajniutkie, niebieskie. Z tym, że dotyczyły już innej osoby. Nie było radości, nie było szczęścia. Nie dlatego, że nie chciałam, ale dlatego, że spodziewałam się „radosnej” reakcji stwórcy owego działa.          I cóż… troszkę się pomyliłam. Kreatywność reakcji zabiła we mnie natychmiast wszelkie wątpliwości. Radości nie będzie, a każdy dzień przyniesie piekło… I przyniósł.

A oto reakcje, których nie życzę żadnej Przyszłej Mamie:

  • jeśli sobie myślisz, że to coś zmieni między nami, to się grubo mylisz…
  • trzeba było na dziwki chodzić, to by przynajmniej z tego dzieci nie było…
  • nie chcę ani Ciebie, ani tego dziecka…
  • i co? i ja mam sam zapierdalać na utrzymanie?
  • jak Ty to sobie, kurwa, wyobrażasz?
  • specjalnie to zrobiłaś, nie można Ci w niczym zaufać…
  • jesteś gówno warta, że do tego dopuściłaś…
  • weź coś z tym, kurwa, zrób…
  • i co? będziesz siedzieć w domu i pachnieć?
  • zawsze Ci mówiłem, że nie chcę dzieci…
  • jak jesteś taka mądra, to dam Ci alimenty i sobie rób jak uważasz…
  • nigdy Ci nie wybaczę, że do tego dopuściłaś…
  • najchętniej, to bym się na Ciebie wysrał…

Nie, nie zrobiłam tego specjalnie. Zawiodła antykoncepcja. Z każdym słowem wykrzyczanym w moim kierunku, czułam się, jak śmieć. Choć chyba nawet śmieć cieszy się większym szacunkiem, bo przynajmniej ktoś go podniesie. Zostałam skopana i poległam… z dwoma kreseczkami w dłoni…